Jak to jest z tą szklanką- pusta czy pełna? Czyli kilka słów po pierwszym treningu do nowego sezonu

Wiele rzeczy, które nas spotykają, i nasze spojrzenie na nie zależy w dużej mierze od naszego podejścia. Czy patrzymy z nadzieją i optymistycznie? Czy jesteśmy wiecznie niezadowoleni? Tak samo można odnieść się do biegania, czy każdego innego sportu.

Czy ta nasza przysłowiowa szklanka będzie wiecznie do połowy pusta, a my będziemy narzekać i marudzić, że nie mamy czasu, że za zimno, za ciepło, za mokro- i będziemy odpuszczać trening za treningiem, a gdy już w końcu uda nam się na niego iść (bo jakimś cudem okazało się, że dziś nie jest ani za zimno, ani za ciepło, ani za…) będziemy niezadowoleni z dystansu czy tempa i na pewno nie uda nam się zrealizować założonego celu?

Czy jednak będziemy walczyć ze swoimi słabościami, ze swoim złym samopoczuciem, wychodzić na zaplanowany trening zgodnie z planem, a jeśli nie uda nam się zrealizować go wg założeń, wyciągnąć wnioski i cieszyć się, że jesteśmy jeden krok bliżej celu?- i wtedy nasza szklanka, będzie w połowie pełna.

IMG_4131

Mijający „sezon” był dla mnie wielką nauką. Nauczyłam się pracować nad sobą, być systematyczna i słowna przede wszystkim wobec samej siebie. Na początku używanie słów „sezon”, czy „trening”, było dla mnie dużo nad wyrost, wydawało mi się, że to moje całe bieganie to tylko takie marne truchtanie i walka o każdy kolejny kilometr. Z czasem, gdy tych kilometrów zaczęło przybywać, i udało się biegać z radością, tak że nogi same niosą, okazało się, że słowa te zagościły w moim słowniku na stałe. Ale- nie od razu Kraków zbudowano. Co jak co, ale wiem, że duże rzeczy osiąga się małymi krokami.

Gdy w styczniu byłam całkiem w innym miejscu swojego życia, gdy o bieganiu gdzieś tam, kiedyś, może myślałam, a dawno temu nawet biegałam; gdy w lutym wywróciłam wszystko do góry nogami- nawet nie myślałam, że w październiku przebiegnę swój pierwszy półmaraton!

Dziś, na pierwszym treningu przygotowawczym do nowego sezonu, biegłam z większym wysiłkiem niż się spodziewałam, ale mimo to udało mi się wybiegać całkiem niezłe tempo. Czekałam na ten dzień cały poprzedni tydzień, który dałam sobie na odpoczynek, regenerację i planowanie treningów. Nie mogłam się doczekać, aż znowu pójdę biegać, jak będę wsłuchiwać się w moje ciało podczas biegu, i analizować, czego mi trzeba, co i jak zmienić (jako umysł ścisły uwielbiam tabelki, procenty i wykresy ;) ); gdy będę mieć chwilę dla siebie, by być sam na sam ze swoimi myślami. Gdy biegło mi się tak ciężko i zaczęły mnie dopadać myśli, że nie dam rady przygotować się do sezonu tak jakbym chciała, że 3 tygodnie temu przebiegłam półmaraton, a dziś z ciężkimi nogami zrobiłam 1/3 tego dystansu- od razu moje myśli chwyciły się słowa „półmaraton”. Reset! Przecież to jest mój największy sukces. Medal z tego biegu jest dla mnie najważniejszy i myślę, że na długo, jeśli nie na zawsze będzie odzwierciedleniem tego, na jak wiele mnie stać, i że wszystko zależy tylko i wyłącznie ode mnie i od pracy którą wykonam. Ja! Ja sama! Bo nikt tego za mnie nie zrobi. Tym lepiej smakuje każdy sukces, gdy mamy pełną świadomość, że zawdzięczamy go tylko i wyłącznie sobie :)

IMG_4130

I właśnie wtedy, gdy dziś na treningu, w mojej głowie pojawiło się słowo „półmaraton” moja szklanka stała się do połowy pełna. Bo to, co do tej pory zrobiłam, doskonale pokazuje mi, że jestem w stanie zrobić jeszcze więcej. I mimo, że czasem jest ciężko, to z każdym dniem, z każdym kilometrem jestem bliżej celu. Dodatkowym kopem motywacyjnym dziś był mail, który rano otrzymałam od Zarządu Infrastruktury Sportowej w Krakowie, o nadaniu numeru startowego na 15. Cracovia Maraton- i to właśnie jest mój cel nr 1 na pierwszą połowę przyszłego roku :)

IMG_4129

Tym bardziej, że w mojej szafie pojawiły się nowe cuda :)

IMG_4112_Fotor_Collage

Już nie mogę się doczekać, aż je wypróbuje :)

IMG_4081a

Niech Wasza szklanka zawsze będzie do połowy pełna! Niech każdy odbyty trening i przebiegnięty kilometr cieszy Was i motywuje do tego, by sięgać po więcej! Bo największa siła drzemie w nas samych.

Jak i po co?

Przyszedł taki moment w moim życiu- czas wielu zmian. M. in. postanowiłam wrócić do sportu. To on kształtował mnie przez wiele lat, i to na nim bardzo często opierałam planowanie swojego wolnego czasu. Życie czasem każe nam podejmować różne decyzje, które nie raz powodują, że zbaczamy z drogi, którą wydawało się, będziemy kroczyć zawsze. Bo niby jak rezygnować z czegoś co daje nam tyle radości? Cały widz polega na tym, by umieć to wszystko razem poukładać. By umieć stworzyć swój świat, gdzie wszystko będzie się uzupełniać, a przede wszystkim wszystko co robimy będzie po coś. Nie ma nic bardziej frustrującego niż robienie czegoś „bo tak”, lub „bo tak wypada”, gdy nie widzimy tam nic dla siebie.

W ramach zmian postanowiłam dołożyć sobie obowiązków. Tak- dołożyć. Nigdy nie miałam ich mało. Wiecznie robiłam kilka rzeczy na raz, bo najbardziej nie lubiłam się nudzić. I wszystko zawsze robiłam na 100%. Nie ma rzeczy, którą bym zaczęła, a nie skończyła. A więc, dokładając sobie obowiązków, postanowiłam, żeby w całe moje zakręcone życie, wpleść jeszcze treningi. Postawiłam na coś, co mogę robić sama, gdzie mogę być sama ze sobą, gdzie nie potrzeba sprzyjających warunków, a co zawsze gdzieś, cały czas się koło mnie obracało. Bieganie. Czas, który mam tylko dla siebie. Włączam muzykę, zegarek i lecę. Planuję trasę odpowiednio do siły, czasu i nastroju. A czasem nie planuje. Ale przede wszystkim, nawet jak jest to trening resztkami sił, wracam do domu szczęśliwsza. Z milionem procent endorfin, które szaleją, i z którymi udało mi się w trakcie treningu rozwiązać i przemyśleć wiele spraw. Wybiegać to, co leży na sercu. To, z czym nie zawsze mogę sobie tak po prostu poradzić.

* * *

Świat. Druga rzecz z serii „odkąd pamiętam”, bo właśnie odkąd pamiętam zawsze byłam Obywatelem Świata. Rodzice zaszczepili we mnie miłość do podróży. Do tego, by spakować się w 5 minut i ruszyć w świat. By w perspektywie 10 godzin znaleźć się nad ciepłym, włoskim Adriatykiem, na pięknej plaży, z kieliszkiem pysznego wina w ręce. To wszystko zawsze było dla mnie namacalne i osiągalne.

Postanowiłam te dwie pasje połączyć w jedną. Biegać, i zwiedzać świat. Zwiedzać świat, i biegać. Marzy mi się trening o wschodzie słońca uliczkami Rzymu, czy promenadą w Barcelonie. Lub, by po 30 km rozbiegania wskoczyć do orzeźwiających wód oceanu.

Marzyć zawsze trzeba. A jeśli mamy odwagę marzyć, to miejmy odwagę te marzenia spełniać. Życie mamy tylko jedno, i to od nas zależy co z nim zrobimy. Ja zamierzam przez nie przebiec :) Z radością, z uśmiechem, zrobić po świecie milion kilometrów, i cieszyć się z każdego z nich, a przy tym zrealizować kilka sportowych planów.

Być lepszą wersją samej siebie.

* * *

Zapraszam Was, byście towarzyszyli mi w moich biegowych podróżach. Gwarantuje mnóstwo endorfin, pięknych zdjęć i wiele radości :)

W planach mamy daaaalekie podróże, i wielkie plany… ale o tym, następnym razem ;)